Hygge, świece i skandynawski optymizm

Ciepły, wesoły płomień świecy rozwesela wnętrze, pokój dostaje nowe życie, patrzy się na niego zupełnie inaczej… W powietrzu unosi się zapach lawendy lub cynamonu z pomarańczą… oświetlenie jest kluczem do Hygge. Duńczycy pytani o to z czym najczęściej kojarzy im się Hygge 85% z nich odpowiada, że Hygge to przede wszystkim w pierwszej kolejności świece.

Jesień i zima to najlepszy czas na rozgrzewający blask świecy. W tych porach roku ponad połowa Duńczyków niemal codziennie zapala świece, dni są krótsze i chcemy rozjaśnić nasze wnętrza.
W grudniu zużycie świec w Danii wzrasta aż trzykrotnie! My również w Polsce zaczynamy doceniać jak mała, pachnąca świeca potrafi pobudzać nasze zmysły 🙂

U nas w domu świece zobaczysz na parapecie, ławie, stoliku i w łazience, żeby zawsze były pod ręką i mogły nam towarzyszyć podczas picia pachnącej aromatycznej kawy, pysznego obiadu czy podczas błogiej, relaksującej kąpieli. Stają się uzupełnieniem tych chwil 🙂

Jeszcze niedawno uwielbiałam stawiać wszędzie pachnące TEALIGHTY z Ikei, o przeróżnych zapachach i kolorach, zaczynając od wanilii i kończąc na pomarańczy. Do czasu aż odkryłam… ekologiczne świece sojowe i świece z wosku pszczelego. TEALIGHTY z Ikei posiadają niestety w sobie parafinę, naturalne świece z wosku pszczelego są jej pozbawiane 🙂 Yehhh! 🙂

Staramy się rodzinnie być przyjaźni dla otaczającego nas środowiska, zarówno jeżeli chodzi o segregację odpadów, niemarnowanie żywności, kochamy to co naturalne w naszym otoczeniu i przyglądamy się bardzo temu co trafia do naszej lodówki, więc przejście na świece z wosku pszczelego i ekologicznego wosku sojowego okazało się dla nas… naturalne.

Co najlepsze, świece z wosku pszczelego mają również właściwości zdrowotne! I tu już mają moją wielką miłość! Przede wszystkim łagodzą dolegliwości górnych dróg oddechowych, gdzie dla naszego Kuby, który co jakiś czas przynosi kaszel czy katar z przedszkola, jest to duży, dodatkowy atut. Ponadto normalizują ciśnienie krwi i podnoszą wydolność całego organizmu! I jeszcze coś – świece z wosku pszczelego zwiększają również zdolność zapamiętywania.
Dużo tych właściwości jak na małe pachnące świece, które dla mnie do tej pory pozytywnie koiły zmysły i tworzyły nastrój, teraz odpalając świecę wiem, że wpływa ona również na naszą rodzinkę zdrowotnie 🙂

Dorzucę jeszcze jedną wisienkę na torcie – świeca z wosku pszczelego spala się bezdymowo, a wydzielane z jej płomienia ujemne jony oczyszczają powietrze.
Było coś dla ciała, jest również dla ducha, ponieważ świece z wosku pszczelego pozytywnie działają na nas samych, powodują przepływ dobrej energii, a także wyciszają emocje i uspokajają nerwy. No i proszę, to już wiemy jakie jest jedno ze źródeł skąd Skandynawowie czerpią swój optymizm 🙂

Świece z wosku pszczelego i z ekologicznego wosku sojowego stają się coraz bardziej popularne, ale są jeszcze ciężko dostępne od ręki w sklepach stacjonarnych, mnie udało się znaleźć takie… ręcznie robione, z miłością i dopieszczeniem, gdzie każdy egzemplarz powstaje z przekonaniem, że świeca będzie dobrze służyła jej przyszłemu właścicielowi, że ukoi jego zmysły oraz rozjaśni i rozweseli jego dzień. Takie świece znajdziesz na www.hikari.com.pl Kocham, ubóstwiam i jestem fanką do końca życia i jeden dzień dłużej 🙂

Macierzyństwo – wersja 1.0 vs wersja 2.0

Budzisz się rano, zza szczebelków niemowlęcego łóżeczka spoglądają na Ciebie ciemnoniebieskie oczy i wpatrują się w Ciebie przenikliwie… ja już się obudziłam, a Ty mamo co tam robisz w tym wielkim łóżku. Masz małe deja vu, bo podobne oczęta budziły Cię 4 lata temu, ale Ty jesteś już zupełnie inna.

Macierzyństwo w wersji 2.0 to już zupełnie inna rzeczywistość. Masz w sobie spokój i cierpliwość, na tony, już nie żeglujesz go nieznanym oceanie, nie idziesz ze strachem w oczach i niewiedzą co czeka Cię za zakrętem.

Poród! To dopiero przeżycie, wszystko nowe, nieznajome, każdy etap, krok. Chodziłaś do szkoły rodzenia, ale jedziesz już na sygnale do porodu przy pierwszych regularnych skurczach. Przy drugiem dziecku relaksujesz się wygodnie w wannie pełnej ciepłej wody i czytasz książkę… przecież jest jeszcze czas… a o szkole rodzenia nawet nie pomyślałaś 🙂

Nosisz, tulisz, całujesz, jesteś zakochana do końca życia w tych małych rączkach, nóżkach, pochłaniasz całą sobą zapach niemowlaka… tak było przy każdym naszym dziecku 🙂

Zmora każdego rodzica, kolki, które nie dają w pełni cieszyć się macierzyństwem przez pierwsze miesiące. Przeszliśmy z naszym synem, czyli naszą wersją 1.0, a córka nigdy nie zaznała ani jednego dnia tej męczącej przypadłości niemowlaków.

Syn „smoczkowy”, zasypiał smacznie tylko ze smoczkiem, a córka smoka ostentacyjnie wypluła, obróciła głowę na boczek i smacznie zasnęła. Nie interesowało ją te gumowe dziwne coś, co nie pachniało w ogóle mamą.

Karmienie piersią. O tym to można dużo książek napisać… 🙂 Przy synu przez pierwsze 2 tygodnie była walka o każdy mililitr oraz noce i dnie z laktatorem… by później móc z sukcesem karmić piersią prawie do 10 miesiąca. Córkę przystawiłam do piersi od razu po porodzie, nie analizując, nie zastanawiając się i przede wszystkim wierząc w siebie i swoje możliwości… i karmimy się do dnia dzisiejszego bez żadnych problemów.

Oprócz tego, że uwielbiam nosić, tulić, śmiąc się z moimi dziećmi, to kocham spacerować z nimi. Wprawdzie zanim ogarnę jednocześnie ubranie siebie, 4 miesięcznej córki i nakłonienie 4 letniego syna żeby ubrał się w tym samym czasie nie odwlekając na długie minuty ubrania butów, robi mi się już gorąco… ale łapię trzy oddechy, wskakuję w wygodne buty i pędzimy całą naszą trójką 🙂 … tato tej wesołej dwójki dołącza do nas w weekendy 🙂

Co jeszcze uwielbiam robić, a co przychodzi mi o wiele częściej i łatwiej z dwójką dzieci… cieszyć się z małych codziennych rzeczy. Oboje nauczyły mnie na swój sposób uważności. Uważności chwili, życia, momentów, tego co dla nas dobre i żeby otaczać się dobrymi ludźmi i dobrymi rzeczami, na które spoglądasz z sentymentem, miłością i przyjemnością.

Dlatego tak bardzo cieszy mnie pachnąca książka, którą mogę przeczytać dzieciom i książka czytana wieczorem w wannie, może już nie godzinami, ale takie pół godzinki pozwala również naładować matczyne akumulatory. Cieszą mnie wschody i zachody słońca, „najedzony i chudy Księżyc” jak to mówi Kubuś, życzliwość i uśmiech spotkanego sąsiada czy gorąca, pachnąca kawa w ulubionym kubku…

Cenię sobie również rzeczy trwałe i dobrze wykonane, które będą z nami na lata, będą dla nas zarówno funkcjonalne, użyteczne… i piękne, na które będziemy spoglądać z uśmiechem i będą wywoływać dobre wspomnienia. Dlatego tak kocham styl skandynawski, który łącze wszystkie te cechy 🙂

I tak kok po korku urządzamy nasz dom, dom całej naszej wesołej czwórki… w którym w salonie pachnie i rozpieszcza dębowa deska na podłodze, można dotknąć ściany z XIX wiecznej cegły… czy brać kąpiele w dużej, wygodnej wannie, w której zmieści się także piątka rozbrykanych dzieci – Kubuś testował z kuzynami 🙂

Macierzyństwo zmienia nas, wiele nas uczy i pozwala cieszyć się z każdego dnia razem 🙂 Mnie przede wszystkim nauczyło uważności i pozytywnego podejścia do każdego dnia. A co u Ciebie zmieniło macierzyństwo?

7 sposobów na jesień i zimę – budujemy odporność :)

No i zaczęło się… katar z nosa, kaszel taki że „umarłego by obudził”, humor słaby, coś w stylu „mamooo nudzi mi się” – czego na co dzień nie uraczysz, bo ma sto pomysłów na minutę, a teraz niestety przyplątało się do nas jakieś wredne przeziębnie, czyli sezon chorobowy jesienno-zimowy uważam za otwarty… Kubuś jest chory.

Oby to było pierwsze i ostatnie choróbsko w tym roku, w tamtym zaliczyliśmy „tylko” dwa, w tym niestety raz to zapalenie płuc, mam nadzieję, że przez ten sezon prześliźniemy się z lepszym efektem.

Całe lato Kubuś latał na bosaka, hartował się w zimniejsze letnie wieczory, moczył nogi w lodowatej wodzie, latał z wodnymi pistoletami najbardziej oblewając siebie… a tu bach, po półtorej tygodnia w przedszkolu mamy katar i kaszel. Czyli wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że musimy zacząć odbudowywać naszą rodzinną odporność.

Jak to u nas wygląda? Wrzucam moje sposoby poniżej. A jak wygląda to u Was? Podzielcie się swoją wiedzą 🙂

  1. Po pierwsze, słodycze, ograniczamy do minimum – w wakacje trochę Kubie odpuściliśmy, bo przez nasz dom przewinęło się sporo gości i wakacje spędzał Kubuś z kuzynami, kolegami i koleżankami, którzy w tym roku licznie nas odwiedzali 🙂 i przy tych okazjach słodycze często się pojawiały. Teraz wracamy do rytmu przedszkolnego i słodycze trafiają na daleki plan.
  2. Po drugie probiotyk, żeby odbudować florę bakteryjna – regularnie 5 kropli dziennie.
  3. Syrop z mleczy autorstwa mojej mamy jeżeli usłyszę chociaż pół kaszlnięcia, a tak to na co dzień miód do herbatki i z imbirem (jak uda mi się przemycić :)). Jesienią łatwiej o wypicie herbaty, bo latem to Kuba lata najczęściej z wodą.
  4. Witamina D w kroplach. Wiosną i latem mamy jej w nadmiarze spędzając całe dnie na słońcu, jesienią i zimą zaczyna jej nam brakować, a jest to jedna z najważniejszych witamin, które potrzebuje nasz organizm.
  5. Syrop z czarnego bzu, który ma działanie zarówno przeciwzapalne jak również anty wirusowe. dzielnie będziemy go pić cały sezon, smak ma dosyć dobry, więc idzie nam to łatwo.
  6. Tran Mollers, jedna łyżeczka dziennie, nie jest on jakiś przepyszny, ale ten w wersji o smaku cytrynowym jest przez naszego Kubę do zaakceptowania, a można go już stosować u dzieci od 6 miesiąca życia.  Tran uzupełnienia nam dietę o nienasycone kwasy tłuszczowe Omega-3 (DHA, EPA), które pomagają zachować odporność i stymulują przy tym prawidłowy rozwój układu nerwowego i kostnego u dzieci, a także sprzyjają właściwej pracy serca.
  7.  I w tym sezonie wypróbujemy jeszcze olej z czarnuszki dawkowany na łyżeczce z miodem w proporcji pół na pół – bo smaczny to on nie jest ale… jak dowodzą amerykańskie badania nad tym produktem, zwiększa on odporność o 72% po regularnym stonowaniu przez okres 4 tygodni. Wynik naprawdę dobry, więc damy olejowi z czarnuszki szansę. W końcu ten rok ma być lepszy niż poprzedni 🙂

Tak to wygląda u nas, siedem punktów na to żebyśmy zdrowo przeszli przez jesień i zimę. A Wy jakie macie sposoby które sprawdzają się u Was?

 

 

Babcia, dziadek – radosna wielopokoleniowość ;)

Jest piękny słoneczny dzień, mała blondynka, lat 6, z uśmiechem od ucha do ucha siada przy stole jadanym. Gramoli się na duże krzesło, na przeciwko siada jej dziadek, wyjmuje z komody duże drewniane pudełko, w którym kryją się wieże, koniki, dama, król, gońce… cały świat szachów zamknięty w pudełku, który ta mała dziewczynka uwielbia. Rozkładają wszystkie figury i potrafią tak grać cały wakacyjny dzień… w tym samym czasie babcia o pięknych siwych włosach krząta się po kuchni i gotuje dla wnuczki jej ulubiony rosół, którego smak będzie pamiętać nawet jak już będzie dorosła…
Tak wspominam jeden z dni moich wakacji… które właśnie się dzisiaj skończyły dla wszystkich przedszkolaków i szkolniaków 🙂 Teraz sama mam dwójkę dzieci i widzę jak ważny jest kontakt z dziadkami, jak dużo wnosi on do rozwoju naszych dzieci i poszerza ich horyzonty, rozwija myślenie i otwartość na ludzi.

Dziadkowie uczą również cierpliwości, mają więcej czasu dla wnuków niż dla dzieci, co jest zupełnie normalne, ponieważ już najczęściej nie pracują zawodowo lub nie rozwijaną prężnie swojej kariery i tym samym mają więcej czasu dla wnuków w późniejszym wieku.

Babcie potrafią z wielkim zaangażowaniem bawić się z wnukami w ich wymyślane zabawy, dzięki temu podsycają dziecięcą wyobraźnię i pozwalają się jej rozwijać. Patyk może być rakietą, kałuża oceanem, a kawałek deseczki super zjeżdżalnią dla autek, wystarczy pójść z babcią na spacer.

Dzieci uwielbiają podpatrywać dorosłych i czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy jak wiele wynoszą z naszych zachowań. Nie wychowamy dobrze zorganizowanego, pewnego siebie i swoich umiejętności dziecka, jeżeli sami nie będziemy wykazywać podobnych cech. Dziadek przy pracach domowych, z udziałem wszystkich narzędzi, młotka, kluczy, podczas szpachlowania czy malowania, drobnych napraw domowych jest dla naszego Kubusia większą atrakcją niż stos zabawek. Uczy go tym samym zdolności manualnych, wycinania, szlifowania i również rozwija jego dziecięcą wyobraźnię. Z kilku desek Kubuś potrafi zbudować sobie pianino, domek dla ptaszków i cokolwiek przyniesie mu jego dziecięca wyobraźnia.

W Polsce, tak samo jak w Skandynawii więź z dziadkami odgrywa bardzo dużą rolę. Jednak to polskie babcie i dziadkowie zgodnie z badaniami dla Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA, przeprowadzonymi przez TNS Polska spędzają ze swoimi wnukami więcej czasu w porównaniu do dziadków i babć w innych krajach Europy. Zawsze wiedziałam, że wielopokoleniowość jest nieoceniona! A co co dziadkowie mogą dostać w zamian? Z tych samych badań wynika, że dzięki zaangażowaniu w opiekę nad wnukami tacy dziadkowie cieszą się lepszym zdrowiem i samopoczuciem 🙂

Poniżej wrzucam zdjęcie naszej rodzinki, ta blondyna w różowym to oczywiście ja, moi bracia w eleganckich niebieskich koszulach, a na zdjęciu poniżej moi dziadkowie ze strony mamy, z którymi mogłam spędzać niezapominane dziecięce wakacje.

 

Trzy pokolenia 🙂
Babcia i Dziadek ze strony mamy 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

Więź mama, tata i dziecko – co to jest rodzicielstwo bliskości?

Niedługo wybije godzina, gdy do naszej rodzinki dołączy Julianka. Czekam na tą chwilę z radością, żeby przytulić naszą kochaną córkę i każdego dnia pokazywać jej nasz mały duży świat 🙂

Od poniedziałku nasz prawie 4 letni Kuba zaczyna wakacje, więc razem w trójkę będzie można nas zobaczyć jak będziemy mknąc przez naszą wioskę. Zapowiada się ciekawy okres, bo większość rzeczy będziemy robić razem, dojdzie do tego czwarty członek naszej ekipy, nasz staruszek Gromuś – piesek z cukrzycą, który już nie widzi, ale świetnie nasz czuje i na pewno nie będzie z nas spuszczał nosa.

W Internecie znajdziecie milion rad jak przygotować starszaka na drugiego członka rodziny, pokażę Wam jak to wygląda u nas i jak ważna się po porostu nasza intuicja i co to jest rodzicielstwo bliskości 🙂

Nasz Kuba rośnie na bardzo mądrego, inteligentnego chłopczyka, jest wrażliwy i pełen empatii, wszystkiego nauczył się w domu, bo to do nas – rodziców należy pokazanie wzorców, wskazanie rozwiązań, dawanie odpowiedzi na tysiące pytań, które potrafi zadawać dwulatek, trzylatek czy czterolatek.
Przede wszystkim ważny jest czas, spokój i cierpliwość. Kiedy dziecko wie, że może na nas liczyć w każdej sytuacji, a my go nie wyśmiejemy czy zbagatelizujemy problem, tylko pomożemy zrozumieć i znajdziemy razem rozwiązanie. Nawet jeżeli jest to „Mamusiu, Karol mówi, że ja brzydko rysuję” albo „Hania ciągnie mnie za włosy” itp. Małe rzeczy, które są dużymi i ważnymi dla przedszkolaka.

Popularne jest ostatnio bardzo Rodzicielstwo Bliskości, ale warto do niego podchodzić zdroworozsądowko i wybrać dla siebie to co nam najbardziej odpowiada i z czym czujemy się dobrze.

U nas wygląda to tak: 🙂


1. Przytulanie, wyjaśnianie, tłumaczenie, ocieranie łez
– czyli pogłębienie każdego dnia i tak już głębokiej więzi z naszym starszakiem. Dzięki temu dziecko wycisza się i regeneruje, u rodziców ma swoją „bezpieczną bazę” z której pewne siebie może stratować w świat, śmielej i pewniej badać otoczenie.

Dodatkowo obecnie u nas mamy na porządku dziennym przybliżanie każdego dnia co się dzieje z mamusią i czego może spodziewać się po 9 miesiącach rośnięcia małej siostrzyczki w brzuszku. Po każdej wizycie u ginekologa Kubuś oglądał z zaciekawieniem zdjęcia USG, próbował coś wypatrzeć, uśmiechał się, rączką sprawdzał co tam w brzuszku słychać 🙂 Na pewno hormony dołożyły tutaj sporo od siebie, ze względu na wysoki poziom empatii, który włączył mi się w ciąży (który i tak jest wysoki jak w niej nie jestem). Kubuś widział, że mama stała się bardzo wrażliwa, pogłaskał, dał buziaka, a na bajce gdzie mały Misio się zgubił i szukał mamy i taty potrafiliśmy się razem popłakać, a co, czemu nie 🙂 … bajka skończyła się oczywiście Happy Endem 🙂
Tym samym nasz Kubuś jest „emocjonalnie zadbany” i gotowy na przywitanie nowego członka rodziny 🙂


2. Wspólne zabawy
, układanie klocków, wcielanie się w różne role, wygłupy aż śmiech Kubusia słyszą wszyscy sąsiedzi – rozbraja mnie ten jego śmiech, jest taki dobry, szczery, ruszy każdego ponuraka, dzień bez śmiechu Kubusia to dzień stracony 🙂


3. Naśladowanie rodziców
– to potężne narzędzie, dzieci uczą się bardzo dużo przez obserwację i to co ich łączy i jak siebie traktują rodzice dla dziecka jest również bardzo ważne. Dotyk jest tutaj kluczowym kanałem komunikacji, jest to również pierwszy kanał komunikacji pomierzy niemowlęciem a rodzicem, które uczy się w tej sposób mapy ciała swojego rodzica długo przedtem zanim opanuje zrozumienie i używanie mowy.
Dzieci uwielbiają też naśladować sowich rodziców. Każde dziecko przechodzi „fazę” na odkurzenie, zamiatanie, Kuba dużo czasu spędza na podwórku, więc razem z tatą grabi, kopie, skręca, przykręca, szlifuje, podlewa i robi wszystko żeby aktywnie pomagać tatusiowi. Jak idzie na zakupy, najczęściej z tatusiem przestawia, wyrównuje, porządkuje rzeczy na półkach, odkłada zawsze na właściwe miejsce jak coś weźmie, a źle odłożone poprawia :), przecież czekoladka czy batonik nie może leżeć krzywo, a soczki stać byle jak 😛 :).
Od najmłodszych lat Kubuś wie również jak złe jest śmiecenie i każdy spacer kończy się jakąś małą naprawą tego świata, zdarzyło się również że Kubuś głośno skomentował, jak ktoś wyrzucił papierek na ulicę, że to „nieładnie”, oceniania osoba się zmieszała, podniosła papierek i wrzuciła go do kosza, a na twarzy Kubusia pojawił się uśmiech od ucha do ucha. W pedagogice Montessori ten etap to tzw. faza wrażliwa na porządek. Każde dziecko ją przechodzi (w różnym wieku, u Kubusia uaktywniła się ta faza szczególnie jako poszedł do przedszkola jako 3 latek) – warto wyłapać ten moment i wykorzystać go, np. do wyrobienia nawyku sprzątania po zabawie.


4. Budowanie więzi poprzez… śpiewanie.
Do perfekcji na początku ten element opanowała babcia Kubusia, która śpiewała mu od pierwszych dni jego życia, a jak Kubuś miał 3-4 miesiące zapatrzony w nią potrafił tak godzinę słuchać, piosnek o kwiatkach, misach, pszczółkach (mojej mamie przypomniały się wszystkie piosenki przedszkolne i szkolne i sypała z nimi jak z rękawa – ku uciesze Kubusia). Śpiewałam mu również ja na każdym kroku, przy kąpieli, podając jedzonko itp., było nam wtedy weselej i humory nam zawsze dopisywały.

Naukowcy zbadali zachowanie niemowląt w reakcji na śpiew i porównali to z innymi interakcjami z np. z czytaniem książek i zabawą zabawkami (więcej na ten temat znajdziecie tutaj). Zaobserwowali, że:

– Zaangażowanie i utrzymywaniu uwagi niemowlęcia podczas śpiewania przez matkę jest znacznie bardziej skuteczne, niż podczas słuchania nagranej muzyki, a jednocześnie tak samo skuteczne jak podczas czytania książek lub gry zabawkami.

– Matki intuicyjnie dostosowywały ton, tempo lub klucz śpiewania do zaangażowania dziecka – dzięki temu ich piosenki były „spersonalizowane”. Matki na całym świecie śpiewają swoim dzieciom w podobny sposób, a niemowlęta wolą te „spersonalizowane” piosenki, dostosowane do ich zachowania.


5. Mentalizacja czyli umiejętność „dostrojenia się” mamy lub taty do myśli i uczuć dziecka
, które wprost związane jest z poziomem wrażliwości rodzica. Odgrywa ona kluczową rolę w budowaniu więzi. W 2017 roku badacze z Uniwersytetu w Amsterdamie (więcej o tym przeczytacie tutaj) sprawdzili:
• jaka jest zależność pomiędzy poziomem wrażliwości rodziców a więzią niemowlę-rodzic,
• w jakim stopniu matki są „dostrojone” do myśli i uczuć dziecka

Z badań wysunął się następujący wniosek – im większa wrażliwość i empatia rodziców, tym głębsza i zdrowsza więź z dzieckiem 🙂
Do dzisiaj pamiętam jak rozstawał się Kubuś ze sowim „smoczusiem”, dla niego to była tak ważna chwila i tak ją przeżywał, że przeżywałam ją z nim tak samo mocno, ale razem, rodzinnie, z tatą poradziliśmy sobie z sytuacją. Kubuś widział w nas swoje wsparcie, mógł dużo rozmawiać, pytać i mówić o swoich uczuciach i tym samym po tygodniu sprawa smoczka została na tyle przepracowana, że poszła w zapomnienie 🙂


6. Wsparcie rodzica, gdy dziecko odczuwa negatywne emocje,
jest kluczowe dla jego rozwoju emocjonalnego i społecznego.
Badania sugerują, że zachowania niewspierające (czyli takie jak ignorowanie uczuć dziecka, grożenie, karanie, mówienie, że przesadza i nadmiernie coś przeżywa) może uniemożliwić dzieciom nauczenie się skutecznego radzenia sobie z emocjami.

I tutaj mamy do zapamiętania jedną ważną rzecz – aby ogarnąć emocje dziecka, musimy najpierw nauczyć się radzić sobie z własnymi emocjami, wtedy już będzie tylko łatwiej. Czego życzę wszystkim rodzicom 🙂


Tak u nas wygląda rodzicielstwo, każdego dnia staramy się być lepsi, wpieramy się wzajemnie, dużo ze sobą rozmawiamy i spędzamy jak najwięcej czasu ze sobą. Już niedługo w rozszerzonym składnie 🙂

Żywność jest bardzo ważna – małe duże kroki :)

Wpadasz do sklepu – półki uginają się od produktów z kolorowymi etykietami, w najróżniejszych opakowaniach, żeby tylko przyciągnąć naszą uwagę… prawie z każdej półki uśmiecha się do nas promocja, druga sztuka 50 % gratis, 3 w cenie 2 itp., myślimy sobie grzech nie skorzystać, przecież to się opłaca! Czy na pewno? Mamy tendencję do chaotycznych zakupów. Wpadamy do sklepu często bez planu, na zasadzie „zobaczę co będzie” i wtedy kupię. Jak już wejdziemy do sklepu, oby jeszcze nie z pustym żołądkiem zaczynamy wrzucać do koszyka to co wpadnie nam w oko, z promocji, w kolorowym opakowaniu i często w nadmiarze, ilości, którą nie jesteśmy w stanie w terminie wykorzystać, której część prędzej czy później… się zmarnuje i wyląduje w koszu.

Według Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa ok. 1/3 żywności marnuje się codziennie na świecie. To jest bardzo dużo! Czyli jedna na trzy torby z żywnością zakupioną w sklepie nigdy nie zostanie zjedzona! Co za tym idzie nie marnuje się tylko sama żywność, ale nakłady pracy i energii, które zostały włożone w jej wyprodukowanie, woda, ziemia uprawna.

Jak temu zapobiegać?


Po pierwsze
zakupy trzeba PLANOWAĆ. Najlepiej posiłki planować w rozkładzie tygodniowym. Siąść z kartką lub laptopem/smartfonem (ja wolę to drugie rozwiązanie, żeby mieć dostęp do pliku z planem posiłków z każdego urządzania, kartki można zapomnieć i znowu nasze zakupy mogą stać się chaotyczne), korzystam przy tym z narzędzia Nozbe, ale każde narzędzie jest dobre, jeżeli jest skuteczne. Nozbe łączy po prostu to co mi najbardziej odpowiada, jest prosty w obsłudze i mogę planować w nim wszystko z podziałem na projekty, sprawy, zdania do wykonania. I co jeszcze – Nozbe mam na laptopie, smartfonie i tablecie, więc jest zawsze pod ręką, kiedy chcę coś uzupełnić, dopisać, albo odhaczyć, że udało mi się coś zrealizować, wykonać (to lubię najbardziej – a potem sobie zerkam ile mam już spraw ukończonych i jak dużo udało mi się już wykonać). Nie muszę szukać kartek z listą zakupów w torebce, która czasem potrafi w niewyjaśnionych okolicznościach ją zawieruszyć. I jeszcze jeden duży plus, z Nozbe korzysta również mój mąż i jak zaproszę go do któregoś z moich projektów (menu na cały tydzień i lista zakupów), Wojtek może zrobić bez problemów zakupy, wystarczy ze przydzielę mu dane zadane do wykonania w projekcie. Nozbe możecie wypróbować przez 30 dni za damo, a jak zarejestrujecie się przez link z mojego wpisu KLIK macie gratis 60 dni użytkowania Nozbe :))

Pewnie myślicie co to za przyjemność planowanie obiadów, bo to zazwyczaj sprawia nam największą trudność, trzeba być przecież spontanicznym. Oczywiście! Ale można być spontanicznym z głową w ramach tygodniowego planu 🙂 i tutaj możemy robić drobne przesunięcia i zmiany, a nasz portfel i środowisko na tym nie ucierpi.
Siadamy więc wygodnie w fotelu, kanapie, lub na czymkolwiek gdzie siedzi nam się wygodnie i spisujemy najpierw to co lubimy jeść na śniadanie, później obiad i kolację. Oczywiście patrzymy nie tylko na siebie, ale również na członków rodzinny dopisując do listy potraw upodobania męża czy partnera i dzieci – jeżeli je mamy 🙂
Lista może stać się wtedy długa, no ale warto przecież menu urozmaicać 🙂
Z natłoku luźnych pomysłów i przemyśleń układamy plan na cały tydzień. Następnie rozpisujemy sobie jakie produkty są nam potrzebne do wykonania poszczególnych dań i potraw i tworzymy listę zakupów.
Warto taką burzę mózgów z planowaniem posiłków zrobić w piątek, lub sobotę, jak wszyscy są już w domu i każdy z członków rodziny może dołożyć do lisy coś od siebie 🙂


Po drugie, jeden produkt można wykorzystać na wiele sposobów.

Np. z połówki kalafiora możemy mieć główny składnik do zupy kalafiorowej, a drugą połówkę następnego dnia przygotować w małych różyczkach do gotowania na parze, jako dodatek do dania głównego. Warto o tym pamiętać, bo często się zdarza, że nie jesteśmy w stanie w ramach jednej potrawy wykorzystać całego otwartego produktu, a przecież ma on swoją datę przydatności, i nie może w nieskończoność czekać na ponownie użycie w lodówce, bo znowu za jakiś czas wyląduje w koszu.


Po trzecie ważny jest sposób przechowywania żywności
,żeby jak najdłużej zachowała swoje wartości i się nie psuła. Najlepsze są odpowiednie pojemniki, a nie folia żywnościowa. Warto wiedzieć również jakie produkty na jakich półkach najlepiej poustawiać.
Wskazówki jak przechowywać żywność w danej lodówce zostawia nam zawsze producent danej lodówki. My mamy Samsunga Side by Side z większą częścią na lodówkę i mniejszą na zamrażalkę – wygodne rozwiązanie dla całej rodzinki.
Lodówka posiada m.im. szuflady Big Box, które są idealne do przechowywania owoców, warzyw. Posiadają one otwieraną pokrywę, która pozwala na dłużej zachować ich świeżość. Szuflady znajdują się oczywiście na dole lodówki (jak w większości :)).
Na drzwiach lodówki mamy dwie wygodne zamykane półki, jedna to kieszeń na produkty mleczne, która umożliwia przechowywanie drobnych i delikatnych produktów, takich jak: nabiał, masło, jogurt, czy delikatne sery i druga z pojemnikiem na jajka. My jesteśmy jajkożerni wraz z mężem, uwielbiamy jajka w każdej postaci, więc u nas ta półka musi być zawsze pełna – oczywiście jajka mamy od „szczęśliwych kur” biegających po łące 🙂
Mamy jeszcze u nas barek na napoje – to bardziej chciał mąż niż ja, ale opcja ta się sprawdza. Umożliwia przechowywanie najczęściej wykorzystywanych produktów bez konieczności otwierania drzwi lodówki (oszczędność energii), u nas stoi tam sok, mleko i czasem piwko 🙂
Poza tym w większości lodówek sprawdza się układ zaczynając od góry lodówki:
– nabiał, mleko kefiry, jogurty, dżemy , powidła itp.
– serki, twarożki, wędliny, kiełbaski
– produkty mięsne na obiad
– pozostałości z obiadu, najlepiej w odpowiednich plastikowych pudełkach do przechowywania żywności,
– owoce i warzywa.

Na nadchodzący weekend zachęcam więc wszystkich do przygotowania rodzinnej listy posiłków i zakupów oraz do zrobienia małych porządków w lodówce. Szybko zobaczycie, że to łatwe i przyjemne, daje dużo satysfakcji i małe rodzinne Lykke.

Czego możemy nauczyć się od dzieci? :)


Energia i radość z życia!

Z dzieci wręcz tryska energia, jak są w ruchu to są szczęśliwe, zaangażowane i skoncentrowane na tym co robią w danym momencie. Energia ta pozwala im na rozwój siebie i pozwala poznawać świat, przynosi im do głowy co chwilę nowe pomysły i pozwala im się rozwijać. Dzieci zajmują się tym, co sprawia im przyjemność, radość, są przy tym odważne i pewne siebie.
Warto o tym pamiętać, bo jedynie sprawy, które przynoszą nam satysfakcję pozwalają nam się zaangażować na 100 %, dlatego tak ważne jest szukanie własnej drogi zarówno w sferze prywatnej, jak również zawodowej.


Dzieci są uparte, konsekwentnie dążą do celu
, jedno NIE ich nie zniechęca, próbują wielokrotnie, na wiele sposobów. Kubuś uwielbia owsiane czekoladowe ciasteczka.Na szczęście są to ciasteczka bio, z bardzo dobrym składem, więc z czystym sercem od czasu do czasu po „konkretnym jedzeniu”, czyli najczęściej po obiedzie lub weekendowym śniadaniu Kubuś dostaje na deser dwa takie ciasteczka, jak to mówi, jedno do każdej rączki i dzielnie argumentacje dlaczego to muszą być dwa a nie jedno ciasteczko.
Jak wiele my dorośli moglibyśmy osiągnąć, jeżeli nie zrażalibyśmy się pojedynczym NIE, warto wierzyć w siebie i swoje przekonania i konsekwentnie dążyć do celu.


Dzieci naturalnie reagują na poziom głodu i pragnienia
, dopóki nie zdarza nam się zbyt intensywnie ingerować w ten mały ich świat. Mamy skłonność do przekarmiania dzieci i to już od wieku niemowlęcego, a już taki niemowlak wyraźnie daje znaki kiedy jest głodny i chce mu się pić, a kiedy marudzi z innego powodu. Dzieci naturalnie nie przejadają się, jedzą tyle ile w danym momencie im potrzeba, jeżeli dorośli do tej pory nie zaburzyli ich rytmu zarówno podtykając nadmiar jedzenia, jak również jeżeli w zasięgu ich ręki pojawia się jedzenie przetworzone, niezdrowe, słodycze itp.
Nasz Kuba czasem potrafi zjeść dwudaniowy obiad z ciasteczkiem na deser, ale czasem zje pół miseczki zupy i to mu wystarcza. Nie męczę go nigdy i nie namawiam do dalszego jedzenia, widocznie w danym momencie tyle potrzebuje. Zasada ta sprawdza się również u nas dorosłych, jeżeli się nie przejadamy i regularnie jemy niewielkie i urozmaicone posiłki lepiej funkcjonujemy, mamy więcej energii i nasze zdrowie dużo na tym zyskuje.


Dzieci uczą dobrej organizacji czasu 🙂

Jak pojawił się na świecie Kuba mój dzień zupełnie się zmienił, pierwsze co na początku przyszło mi do głowy, to ile czasu marnowałam wcześniej zanim nasz mały skarb przyszedł na świat. Teraz w natłoku obowiązków wokół maluszka, ale nie rezygnując z własnego rozwoju i czasu dla ciebie, organizowałam każdą chwilę najlepiej jak tylko było to możliwe, i przyznam że z czasem wychodziło mi to coraz lepiej, czym więcej obowiązków i spraw się pojawiało, tym lepiej się odnajdowałam. Już niedługo będzie z nami Julianka, więc moje umiejętności organizacji czasu wejdą znowu na poziowm mocno zaawansowany, przy prawie czterolatku wystarcza już poziom średnio zaawansowany, ponieważ wiele spraw i potrzeb potrafi już sam sobie zaspokoić.


Dzieci uczą nas również pokory,
pokazują nam nasze biedy i wytykają dążenie do perfekcjonizmu, dla nich ważniejsze jest żeby daną sprawę zrealizować,zrobić i nie musi być to idealne, perfekcjonizm nie uszczęśliwia, powinniśmy o tym pamiętać.

Dzieci najlepiej czują się jeżeli dzień ich zawiera elementy rutyny
, my dorośli nazywamy to już pozytywnym nawykiem lub rytuałem. Dotyczy to codziennych spraw, jedzenia, snu, ulubionej zabawki. Takie rytuały pozwalają, że czują się bezpieczne, pewne siebie, takie rytuały również wnoszą bardzo dużo do życia dorosłych. Uczą systematyczności, większej efektywności w pracy i w realizacji sowich obowiązków, a co za tym idzie wpływają na zwiększenie naszej produktywności, więc warto o tym pomyśleć 🙂

Dzieci nie walczą ze swoim zegarem biologicznym
, jeżeli są zmęczone idą spać, to w danym momencie jest im najbardziej potrzebne. Niewyspane marudzą i nie potrafią się skoncentrować, bywają nieznośne. Tak samo dorośli, jeżeli zbyt intensywnie pracują i organizują swój dzień w sposób bardzo wyczerpujący, a ich zegar biologiczny wymaga 7 czy 8 godzin snu, jeżeli sobie tego nie zapewnimy nasza efektywność, koncentracja w ciągu dnia spada. Powinniśmy pamiętać, że czas na odpoczynek i sen jest bardzo ważny.


Następna ważna cecha dzieci, to to że nie boją się pobrudzić
w czasie zabawy czy jedzenia, robiąc przy tym duży bałagan i rozgardiasz wokół siebie. Nam dorosłym cecha ta jest obca, uczą nas na każdym kroku czystości, porządku i perfekcjonizmu, ale czasem trzeba się „ubrudzić”, poeksperymentować, spróbować wiele wariatów, żeby otrzymać ostatecznie efekt, który najbardziej nasz zadowala, nie wszystko przychodzi zawsze szybko, łatwo i przyjemnie.


Żyją tu i teraz! 🙂

„Dzieciństwo” – norweski film o tym, jak ważne dla dzieci jest obcowanie z naturą

„Wierzę w sens biegania boso, robienia błotnych placków. Wierzę, że każde stworzonko jest moją rodziną, a natura jest naszym domem”.  Nicolette Sowder

Jak ważne jest przebywanie z naturą, poznawanie, odkrywanie jej pisałam już trochę we wpisie „Z miłości do natury…”

Przebywanie, obcowanie z naturą przynosi dzieciom wielkie korzyści, rozwija ich ciekawość, kreatywność, uczy spostrzegawczości, pozwala odpowiedzieć na wiele pytań, które kłębią się już w główkach naszych dzieci. Bycie w kontakcie z naturą buduje poczucie własnej wartości, wiary w swoje możliwości.

W czasach gdzie wszechobecne są smarfony, tablety, telewizory, konsole do gier, które zapewniają nadmiar bodźców i informacji, ekspozycja na przyrodę pozwala rozwinąć świadomość, że świąt jest różnorodny, natura rządzi się swoimi prawami i pozwala nam się poznać.

Druga ważna sprawa – dzieci potrzebują czasu, a natura uczy ich własnie cierpliwości i spokoju. Pedagogika waldorfska Rudolfa Steinera, która powstała w 1919 roku w Stuttgardzie, w Niemczech to pielęgnowanie zrozumienia istoty człowieka i jego rozwoju w powiązaniu ze światem i społeczeństwem, a jej celem jest  wspieranie wszechstronnego rozwoju dziecka, rozumianego jako rozwój trzech sfer: myślenia, uczuć i woli. Charakterystyczne dla pedagogiki waldorfskiej jest przywiązywanie dużej wagi do działań artystycznych (malowanie, rysowanie, śpiewanie, gra na instrumentach), a także uczenia poprzez praktyczne działanie, czyli prace ręczne, warsztaty. Dla tych, którzy chcieli by się dowiedzieć więcej o pedagogice waldorfskiej i jak wygląda jedno z norweskich przedszkoli w stylu waldorfskim – już w najbliższą niedzielę, 13 maja, o godzinie 11.00 w Warszawie, w Kinie Iluzjon  w ramach 15. Festiwalu Millenium Docs Against Gravity odbędzie się projekcja filmu „Dzieciństwo” (tytuł oryginału Childhood).

Trailer:

  • czas trwania: 90 min
  • Produkcja Norwegia/2017
  • reżyser: Margreth Olin
  • zdjęcia: Øystein Mamen
  • produkcja: Speranza Film AS
  • wybrane festiwale i nagrody:
    2017 – IDFA Amsterdam, 2017 – DOK Lipsk, 2017 – CPH:DOX Kopenhaga: nagroda Nordic Dox, 2017 – MFF Jihlava
Dzieci wymyślają pełne fantazji zabawy, wykorzystując wszystko, co ma do zaoferowania las, oraz wchodzą w relacje z innymi i z otaczającą naturą. Dorośli pojawiają się w tym świecie marginalnie, a ich rola polega na dyskretnym towarzyszeniu, a nie przewodzeniu. Dzieciństwo jawi się tu jako czas uruchamiania wyobraźni, gier i poczucia bezpieczeństwa. Ten pozbawiony komentarza obserwacyjny i afirmujący życie film prowokuje do zastanowienia się, czego tak naprawdę potrzebują dzieci i na czym powinna polegać ich wczesna edukacja i praca towarzyszących im wychowawców.

 

Gdzie na wakacje? Pachnąca i słoneczna Toskania moimi oczami

Wstajesz rano, otwierasz drewniane okiennice, które szczelnie zasłaniają okna nocą, oddychasz ciepłym toskańskim powietrzem…. czuć zapach owocujących fig, które rosną parę kroków od twojego okna, a za nimi, tuż za ścieżką zaczyna się gaj oliwny. W wielkich donicach rosną pomarańcze i cytryny, a parę kroków dalej otacza nas żywopłot z ziela angielskiego. Zapachy krzyżują się i uzupełniają jednocześnie…. 🙂

Śniadanie jesz pomiędzy drzewami figowca,  przy domku ze starego włoskiego kamienia, z daleka wita cię przesympatyczny właściciel, najpierw po włosku, a później łamaną angielszczyzną pyta czy dobrze nam się spało i jak podoba nam się okolica 🙂 Zaprasza do degustacji oliwy swojego autorstwa, która znana jest w okolicy oraz czerwonego wytrawnego wina sygnowanego jego nazwiskiem.

Żeby znaleźć się w tej pachnącej krainie z Opola trzeba przejechać lub przelecieć 1600 km do pachnącej i słonecznej Toskanii (samoloty do Florencji latają z Katowic).

Przygotowania zaczęliśmy od znalezienia toskańskiej agroturystki, chcieliśmy poznać bliżej tamtejszą społeczność, zwyczaje, podejście i nastawienie do życia. Ponieważ był to nasz pierwszy raz w Toskanii sprawa nie wydawała się prosta. Ale z pomocą przyszła nam pani Joannę Sznajder, przemiła i przesympatyczna osoba, Polka z pochodzenia, która mieszka w Toskanii od 2011 roku i zna okolice Florencji, Pistoi już bardzo dobrze, piękne zdjęcia z tych okolic można zobaczyć na jej profilu na facebooku, a więcej informacji o niej znajdziecie na stronie www.visitoscana.com

Pani Joanna prowadzi agencję Visitoscana z siedzibą w Pistoi. Pomaga w zalezieniu miejsca na odpoczynek dla całych rodzin. Trzeba tylko opisać swoje wymagania, ile pokoi i w jakim składzie jedzie wasza rodzinka i w odpowiedzi na skrzynkę mailową lądują piękne opisy i zdjęcia, z których wybieramy to co nas najbardziej interesuje 🙂

My wybraliśmy:

Agriturismo Villa Morosi
Via Montalbano n.156
Lamporecchio (PT)

 

Dostaliśmy dokładne wskazówki jak dotrzeć do agroturystki. Okazało się, że Lamporecchio mieści się tuż przy miejscowości Vinci, w której urodził się i pochodził nie kto inny jak Leonardo da Vinci. W małym Vici znajduje się muzeum z jego eksponatami oraz kilka kilometrów dalej dom jego narodzin. W małych wąskich i wybrukowanych uliczkach Vinci można schować się przed toskańskim słońcem i zjeść pyszne włoskie lody, a na kolację zjechać do Pistoi, na pyszne sery i szynki domowej roboty serwowane na przystawkę, do tego wino domowej roboty autorstwa właścicieli restauracji, ukrytej pomiędzy lasem, drogą i miedzy dwoma miejscowościami Lamporecchio a Pistoią. Pewnie nigdy byśmy jej nie znaleźli gdyby nie nasz nos do szukania czegoś oryginalnego, z dala od centrum miejscowości. W restauracji byliśmy tylko my i tamtejsi mieszkańcy, którzy się do na uśmiechali i pozdrawiali po włosku.

  

W okolicy jest wiele parków rozrywki dla dzieci. Park Pinokia w Collodi (ok. 50 km od agroturystyki), park wodny w pobliżu miejscowości Cecina nad morzem oraz park rozrywki Cavallino Matto w pobliżu Marina di Castagneto Carduci. My nie skorzystaliśmy z żadnego, bo Kubuś miał dopiero 10 miesięcy, więc u nas rządził basen w naszej agroturystyce, w którym Kubuś w wielkim kółku uwielbiał się pluskać i zwiedzanie okolicy, w tym przepięknej Florencji, która ma tyle atrakcji i pięknych budowali że można by ją zwiedzać tygodniami. Nasz niezawodny w czasie wszelkich podróży Kubuś dzielnie w wózku podziwiał piękne katedry, bulwary, wąskie brukowane uliczki, kawiarnie i restauracje w nich ukryte, wcinał z nami włoskie lody i zawsze miał dobry humor 🙂 nawet wtedy jak pewnego wieczoru pogryzły go komary (pamiętajcie o sprayu na komary, na takie wyjazdy jest niezbędny). Włosi bardzo lubią dzieci, więc na każdym rogu ktoś się do niego uśmiechał, a Kubuś zawsze odpowiadał tym samym 🙂

  

Zaliczyliśmy też spacer i kąpiele w morzu na białych plażach toskańskich, piasek był tak gorący, że nie dało się po nim chodzić bez klapek czy sandałów, a morze było tak ciepłe jak wieczorna kąpiel w wannie 🙂

Toskanio jeszcze Cię odwiedzimy, już w czwórkę, razem z Julianką, czekaj na nas w przyszłym roku 🙂 Teraz myślę, że wybierzemy agroturystykę położoną w pobliżu miejscowości San Miniato, o której więcej informacji znajdziecie na blogu visitoscana.blogspot.it 

 

 

 

Aktywność po skandynawsku i po polsku :)

No i przyszła kolej na mnie… nos zapchany katarem, ból gardła i głowy… przeziębienie. Przyznam że bardzo rzadko choruję, wpływa na to bardzo wiele czynników, jeden z nich to właśnie AKTYWNOŚĆ 🙂 , która pokrywa się również z lagom podejściem do aktywności.

 

Po pierwsze… wspólny ruch na świeżym powietrzu!

Dlaczego wspólny, ponieważ jak już umówisz się z koleżką czy kolegą np. na bieganie, że pójdziecie razem na rower, rolki lub kto co woli, a najlepiej jak umówicie się w kilka osób, znalezienie wymówki, żeby nie ruszyć tyłka z fotela czy kanapy będzie o wiele trudniejsze. Zanim zaszłam w ciążę biegałam z trzema dziewczynami z pracy, wspólnie stworzyłyśmy grupę na whatsapp, którą wesoło nazwałyśmy Dream Team i przez komunikator umawiałyśmy się na kolejne spotkania. Minimum 2 razy w tygodniu można było nas spotkać jak biegałyśmy alejkami po wyspie Bolko, lub po okolicznych wioskach – jak starowałyśmy spod mojego domu. Trasy biegowe, tak samo szlaki rowerowe czy rolkarskie warto zmieniać, poznawać nowe okolice i delektować się zmianami jakie zachodzą w naturze każdego dnia. Biegałyśmy najczęściej wieczorem, kiedy już zdążyłyśmy zapomnieć co było na obiad i można było wyruszyć.

 

Po drugie… wybierz malowniczą trasę na ruch

Zapach drzew kwitnących lub owocujących w zależności od pory roku witał nas za każdym razem, zapach żniw latem, zbiorów jesienią, zboże które z maleńkiego ziarnka urosło nam po pas, pola kukurydzy które od ziarenka urosły tak duże, że nie było nas zza nich widać. Alejki i uliczki pełne słońca, czasem również letniego czy jesiennego deszczu, ponieważ żadna pogoda nie była nam straszna żeby iść razem pobiegać.

Możesz wtedy dostrzec to, na co nigdy wcześniej nie zwróciłaś/ zwróciłeś uwagi i zakumplujesz się z okolicą 🙂

Tęsknię za tymi naszymi wspólnymi biegami, bo teraz zostały mi jak na razie tylko spacery, ale myślę że już jesienią znowu nas zobaczycie 🙂 mamy nawet takie same koszulki i każda banana na twarzy, łatwo nas będzie rozpoznać 🙂

 

Po trzecie… jeżeli nie musisz jechać gdzieś daleko wybierz spacer lub rower

Podejście lagom zmienia czas podróży w przygodę, a konieczność przedostania się z punku A do B otwiera wiele możliwości. Wybierz mniej uczęszczana drogę, nie śpiesz się tym razem, wyjedź wcześniej, przy okazji może odkryjesz nietypowe rzeczy, nietypowe domy, ogródki, piękne łąki i pola.

 

Po czwarte… ciesz się przyrodą

Zawsze trzeba się tylko dobrze ubrać, odpowiednio do pogody i można wyjść na ogród, pójść na spacer, zrobić ognisko, biwak, grilla, zrobić sobie wycieczkę rowerową, pójść na ryby… możliwości jest bardzo wiele. Nasz Kuba od wiosny do jesieni czas po przedszkolu spędza najczęściej na dworze, no chyba że faktycznie jest pochmurnie, zimno i deszczowo, wtedy chętnie wybiera się z tatą na basen…. rośnie nam mały pływak 🙂 Dzięki temu, że Kuba spędza tak wiele czasu na dworze ma bardzo dobrą odporność na infekcje oraz bardzo wiele wie i uczy się o otaczającym go świecie, bąkach, osach, pszczołach, mrówkach, pająkach, jak również o kwiatach, owocach i otaczającej go zieleni. Uwielbia swój mały nosek położyć na kwiatku, który spotka, mocno wciągnąć jego zapach i z uśmiechem opisać swoje wrażenia o nim 🙂

Aktywność i przebywanie na świeżym powietrzu, korzystanie z okolicznych dobrodziejstw natury wzmacnia nasz system odpornościowy, łapiemy witaminę D, przebywanie na łonie natury nastraja nas pozytywnie, a ruch wyzwalana w nas endorfiny, czyli hormon szczęścia i dobrego samopoczucia, więc czego chcieć więcej… 🙂 Korzystajmy z tych dobrodziejstw każdego dnia.

I tak popijam sobie imbirówkę (nie mylić z żadnym alkoholem, przepis podaje poniżej 🙂 ) i biorę syrop z mleczy autorstwa mojej mamy, na obiad bulgocze rosołek i od razu czuję się lepiej

 

Dla chętnych podaję składniki na imbirówkę:

  • 1 litr wody
  • świeży imbir (wielkości mniej więcej kciuka lub więcej dla twardzieli)
  • 1/2 łyżki kurkumy
  • sok z 1 cytryny
  • 1 łyżka miodu

Imbir obrać i zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Do garnka wlać 1 litr wody, dodać utarty imbir oraz 1/2 łyżki kurkumy i gotować przez 5 minut. Po zdjęciu z ognia wcisnąć sok z cytryny. Przestudzić do ok. 40 *C. Po przestudzeniu dodać 1 łyżkę miodu. Wymieszać i smacznego 🙂